
Chris Cornell
Miesiąc przed pierwszym występem Chrisa Cornella w Polsce na oficjalnym forum artysty pojawiają się prośby o to, by nie grał podczas koncertu numerów z nowego albumu. Widać wierni słuchacze podzielają głosy krytyków, że najnowszy krążek Cornella Scream to muzyczny obciach.
Chociaż z nowym albumem bardziej po drodze byłoby udać się na hip-hop party, to Cornell wystąpi w Polsce 25. lipca 2009 roku jako jedna z gwiazd Szczecin Rock Festiwal. Legenda i jeden z głównych architektów grunge wypuścił właśnie na rynek solowy album Scream wyprodukowany wespół zespół z jednym z najmodniejszych obecnie w muzycznym showbiznesie producentów, Timbalandem. Wybór producenta, znanego głównie ze współpracy z odwórcami popowych melodyjek zaciążył w takim stopniu na kształcie nowych utworów, że pociągnął Cornella na artystyczne dno.
Żadne znaki na niebie i ziemi ani ostatnie muzyczne poczynania Cornella nie zwiastowały nadchodzącej porażki. Ostatni solowy album Unplugged zarejestrowany w Szwecji (2007) to kilkanaście najlepszych kawałków wyciągniętych z twórczości kapel, przez które Cornell przewinął się od poczatku lat 90. (Soundgarden, Temple of the Dog, Audioslave). Jak się ma taki dorobek muzyczny i świetny wokal, to można sobie pozwolić na nagranie bardzo dobrej płyty, na której jedyne instrumentarium to gitara akustyczna.
Ale dlaczego Cornell wdał się w spółkę z producentem, który sprzedał mu kilka elektronicznych bitów zużytych w innych utworach i zgodził się na to, by album naszpikowany był hip-hopową elektroniką? Powodem takiego eksperymentu powinna być w chęć stworzenia czegoś nowatorskiego, czego do tej pory nikt nie nagrał, a nie kasa. Cornell, który w samych superlatywach wypowiada się o współpracy z czarnoskórym producentem, jej efekt obrazoburczo porównał do psychodelicznej stylistyki Pink Floyd (oby żyli i grali wiecznie przyp. red.). Nic bardziej mylnego. W przypadku płyty Scream mamy do czynienia z muzyką, która nie myśli, a co gorsze nie czuje. No może tylko zmusza do płaczu nad muzycznym losem Cornella.
Historia muzyki rozrywkowej odnotowuje udane eksperymenty duetów będacych połączeniem z pogranicza różnych stylów muzycznych. Nie trzeba daleko szukać. Przykład płyty Raising sand wyjątkowo zgranego duetu Robert Plant i Alison Krauss (producent T-Bone Burnett). Pochodzący z dwóch odmiennych światów stworzyli razem czarującą płytę, której brzmienie przeszło oczekiwania wszystkich.
Kolaborując z bluegrassową piosenkarką Plant nie stracił ani trochę ze swojego wizerunku legendarnego rockmana. Od 40 lat mocno trzyma się zasady to be a rock and not to roll. Pan Panie Cornell powinien brać z niego przykład i staranniej doberać sobie producentów.
Chris Cornell w wersji unplugged - jeszcze wtedy bez elektronicznych wspomagaczy.







NAJNOWSZE KOMENTARZE